421. Seminaryjna pielgrzymka do Rzymu – część 8

3 MAJ 2014
admin

We wtorek rano podziękowaliśmy za możliwość tygodniowego zatrzymania się w Rzymie ojcu Konradowi Hejmo i siostrom antoniankom, którzy bardzo życzliwie przyjęli nas w Domu Pielgrzyma „Sursum Corda” służąc nam radą, pomocą i doskonałą włoską kuchnią.

W drodze powrotnej z Rzymu do Łowicza pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy było położone wśród wzgórz niewielkie miasteczko Cascia. Właśnie w tym miejscu żyła św. Rita, najpierw wzorowa małżonka modląca się o nawrócenie swojego męża, a następnie przykładna matka wychowująca w duchu chrześcijańskim swoich dwóch synów, prosząca Boga, by po zabójstwie ojca nie pałali żądzą zemsty na domniemanym zabójcy. Między innymi z tego powodu św. Rita, po śmierci swych najbliższych, późniejsza siostra zakonna stała się – nie tylko dla Włochów – patronką pięknej miłości i orędowniczką w sprawach beznadziejnych, szczególnie zaś od wszelkiego rodzaju trudności małżeńskich i rodzinnych.

Przy sanktuarium św. Rity przechowywane jest z wielkim szacunkiem świadectwo cudu eucharystycznego, jaki dokonał się w 1330 roku, gdy pewien kapłan ze Sieny udał się z posługą sakramentalną do ciężko chorego mieszkańca przedmieścia. Po wyjęciu hostii z tabernakulum, kapłan włożył ją między stronice swojego kapłańskiego brewiarza i tak wyruszył w drogę do wzywającego duchowej pomocy. Gdy po spowiedzi i modlitwie ksiądz chciał udzielić choremu Komunii Świętej, zauważył, że wokół hostii utworzyła się plama krwi, która zlepiła sąsiadujące ze sobą kartki brewiarzowe. Zachowując całkowitą tajemnicę kapłan wrócił z brewiarzem do Sieny i z wielką skruchą za to, co się stało na skutek jego nieroztropności, udał się do poważanego w mieście świątobliwego zakonnika z zakonu św. Augustyna, ojca Szymona Fidati, późniejszego błogosławionego. Skruszony kapłan otrzymał od ojca Szymona przebaczenie za swój grzech a jednocześnie przekazał zakonnikowi swój brewiarz. Ojciec Szymon Fidati przekazał jedną z zakrwawionych kartek brewiarza jako relikwię do klasztoru Augustianów w Perugii. Drugą z kartek postanowił przewieźć do swego rodzinnego miasta, jakim była właśnie Cascia. W srebrnym naczyniu do dziś przypomina ona pielgrzymom o realnej obecności Jezusa w każdej Eucharystii.

Z Casci wyruszyliśmy ku Asyżowi, by zdążyć jeszcze tego samego dnia na modlitwę w bazylice Matki Bożej Anielskiej (Santa Maria degli Angeli), w której znajduje się ważny dla św. Franciszka i św. Klary, zachowany do dziś niewielki kościółek, który Franciszek otrzymał w darze od benedyktynów, zwany Porcjunkula. To właśnie tutaj Biedaczyna z Asyżu gromadził swoich pierwszych uczniów. To właśnie tutaj swoje obłóczyny przeżywała św. Klara. To wreszcie właśnie tutaj umierał św. Franciszek. Ze względu na znaczenie tego miejsca, w latach 1569-1678 postanowiono uczynić z niego centrum dużego kościoła, co sprawiło, że dzisiaj Porcjunkula znajduje się w środku okazałej świątyni.

Na miejsce kolejnego noclegu obraliśmy Foligno, gdzie spotkaliśmy przesympatyczne siostry antonianki, które przywitały nas nie tylko dobrym słowem i uśmiechem, ale także smakowitą „pastą”. Ach, to włoskie jedzenie! Jedliśmy ze smakiem i… prawie bez końca. Po raz pierwszy od naszego pobytu na włoskiej ziemi – mimo, że tego wieczoru na kolację były dwa pierwsze dania i dopiero po nich drugie (czyli trzecie) – mieliśmy takie apetyty, że trzeba było makaronu jeszcze dogotowywać. Jedliśmy tak wiele, bo wiedzieliśmy, że po kolacji czeka nas powrót do Asyżu i długi spacer po średniowiecznym mieście. Poczekaliśmy zatem aż zapadnie zmrok, by zobaczyć Asyż nocą.

W Asyżu, w którym urodził się, wzrastał, żył, nauczał i żebrał św. Franciszek, przenieśliśmy się rzeczywiście do czasów średniowiecza. Wąskie uliczki, kamienne mury i bruk tchnęły urokiem przeszłości. Klucząc między domami i kościołami, przechodząc przez place, wspięliśmy się aż pod sam zamek, który majestatycznie góruje nad całym terenem. A widok na panoramę miasta i okolicy zapierał nam dech w piersiach. Migocące światełka miast, wiosek i domków rozciągały się jak okiem sięgnąć w bezkres nocy. Warto było się wspinać, by spojrzeć na miasto z góry i być bliżej znajdujących się nad naszymi głowami gwiazd.

Patrzyliśmy w zachwycie na miasto św. Franciszka i św. Klary. Nie chciało nam się jakoś wracać na nocleg. Chciałoby się w takim miejscu pozostać na dłużej. Na szczęście wiedzieliśmy, że po przespanej nocy, nazajutrz jeszcze tutaj wrócimy…

Podobne